"Zgrzytnęły zardzewiałe zawiasy, ich pisk odbił się echem w holu, powędrował do pustych komnat i utonął w miękkich dywanach kurzu. Wejście stało otworem, zapraszało do środka… Cisza…

Witaj w Zamku Armoran, Samotnej Stanicy, gdzieś na moczarach czasu, jednej z niewielu strzegących niegdyś, dawno już zapomnianych królestw."

Miarowy szelest


- Tato, tato... Słyszysz..., popatrz na mnie... - kobieta, łkając pochylała się nad starszym mężczyzną, coraz gwałtowniej szarpiąc jego odzienie.
Głowa leżącego powoli odwróciła się, wystraszony wzrok padł na klęczącą obok postać, bardzo nieznacznie, wręcz niezauważalnie przekrzywił się, jakby chcąc wyostrzyć obraz.
- Isuel... kochanie...córeczko... - głos był cichy, ulotny - bądź silna proszę - próba uśmiechu - nie wolno ci się poddać - Ja... ja, zawsze będę przy tobie...uważaj na siebie - nagły kaszel wstrząsnął całym ciałem.
- Zimno mi... bardzo zimna ta wiosna... - ciężkie westchnięcie, oczy powędrowały ku górze, nad jego głową klęczała zakapturzona postać, przebłysk świadomości na chwilę wyostrzył zmysły, myśli gnały jak oszalałe - skąd... jak...- pomyślał. Dłoń o jasnej skórze i długich palcach wyciągnęła się w jego stronę, przylgnęła do czoła. Błogi spokój i ciemność... Oczy zasnuły się mgłą i zastygły w bezruchu, pierś opadła, wymuszając ostatni, chrapliwy dźwięk. Natężenie płaczu nagle przybrało na sile, osłabione dłonie nadal szarpały ubranie nie chcąc się pogodzić z nieuniknionym.
Mortis podniósł się spokojnie i powolnym krokiem ruszył przed siebie.
- Takich chwil nie cierpię najbardziej i chyba nigdy się nie przyzwyczaję - pomyślał, gdy jego ciemna sylwetka rozpływała się nad traktem.
Gościniec był pusty, bandyci, którzy zabili tego człowieka kilka chwil temu, już dawno odjechali skradzionym wozem, nie wiedzieli tylko, że jadący na targ nie był sam. Na szczęście zachował zimną krew podczas pościgu i tuż za zakrętem kazał wyskoczyć swojej córce i ukryć się w lesie. Kilka sekund później dwa bełty głęboko wbiły się w jego ciało.
Zaczął właśnie padać wiosenny deszcz skutecznie tłumiąc szloch swoim miarowym szelestem.

                                                                             ***

Dwa dni drogi na południe od tego miejsca, w stolicy Ravalii, rozgrywała się podobna scena, tyle że realia były zupełnie inne.
Na rzeźbionym łożu, w puszystej i kolorowej pościeli leżał mężczyzna o siwych włosach, patrzył tępo na barwny baldachim znajdujący się nad nim.
- Ojcze.... - zabrzmiał delikatny damski głos - Ojcze... - ponaglenie.
Leżący odwrócił powoli głowę, błękitne oczy spojrzały ospale na kobietę siedzącą obok.
- Czy już ci lepiej?
- Medycy mówią... - chwila na oddech - podali mi jakieś leki, ale to już kres ich możliwości - usta drgały, po policzku spłynęła łza. - Córeczko moja kochana, wiesz że mam tylko ciebie prawda?
- Wiem...
Kobieta spojrzała pytająco w stronę postaci stojących przy oknie, medycy ubrani w purpurowe szaty i czarne kapelusze z dużymi rondami pokiwali przecząco głowami.
- Pani... - Osobisty sekretarz króla, podszedł bliżej. Miał może pięćdziesiąt, może trochę więcej lat, na pewno był w wieku swojego Pana.
- Zostawcie nas - rzucił w stronę okna. - Ci lekarze... nic nie mogą więcej zrobić - szeptał do córki władcy - powiedzieli mi jedynie, ze chore jest nie tylko ciało króla, ale i jego dusza, która chce za wszelką cenę ulecieć.
- Ile mu zostało czasu Lonkorze?
- Nie wiem Moja Pani, to może potrwać dzień, może tydzień, a może miesiąc..
- A rozmawiałeś z Magiem?
- Panii!!! - podniósł głos w oburzeniu, wyciszając go aż do szeptu - z tym szarlatanem??
- Poślij po niego, teraz...  - różowe i pełne usta zwęziły się do niewielkiej kreski.

Po godzinie, do komnaty wszedł człowiek w ciemno zielonym, prawie czarnym habicie. Wyglądał bardzo dostojnie, a przynajmniej takie starał się sprawiać wrażenie, wiedział doskonale, że na dworze nikt nie traktuje go poważnie, raczej każdy kojarzy go z błaznem i dziwadłem. Królewna Sorina tak jednak nie myślała, zawsze była miła dla niego, nie to, co ten sztywniak Lonkor...
- O, jesteś Certanie... - spojrzał na kobietę i skłonił się nisko.
- Wzywałaś mnie Pani - nie podnosząc wzroku, wyczekiwał na odpowiedź, Bogowie....kto wymyślił ten cyrk zwany etykietą.
- Tak, mój Magu - nareszcie mógł odetchnąć - Rozumiem, że przekazano ci o co chodzi? - jej głos był miły i ciepły.
Skinął głową, wiedział, że sprawa musi być poważna, podszedł do króla i oglądnął go dokładnie, przyłożył dłoń do czoła, przesunął palcami przed zamglonymi oczami. Wszystkie czynności jakie wykonał, to tylko niewielkie przedstawienie, druga ręka zwinnie wsunęła jakiś przedmiot pod poduszkę.
- Muszę zostać z pacjentem, sam na sam - czarodziej wyprostował się zerkając wyczekująco na swoich rozmówców.
Z grymasem niechęci, doradca wykonał zwrot w kierunku drzwi, Sorina wstała lekko z posłania i poszła w jego ślady, przed progiem zatrzymała się i odwróciła.
- Ale będę mogła go jeszcze dziś zobaczyć? - zwróciła się do Maga
- Tak Pani, to nie potrwa długo, Panie Lonkorze... straże też...
Sekretarz zmrużył gniewnie oczy na chwilę, już miał coś powiedzieć, widać że zgryzł przekleństwo, kiwnął na wartowników i wszyscy wyszli z pomieszczenia, zamykając cicho drzwi.

Czarnoksiężnik podszedł szybkim krokiem do wezgłowia, delikatnie odchylił poduszkę. Z niewielkiej torby, przewieszonej przez ramię, wyjął szklane naczyńko i nie dotykając leżącego przedmiotu, zamknął go w nim. Teraz przysiadł jak najbliżej władcy, nachylił się nad nim tak, że omal dotykali się policzkami.
- Wiedziałem, ze mogę na ciebie liczyć - oddychając z wyraźną ulgą wyszeptał król
- Nie mamy wiele czasu Lonisie, to silny czar i długo go nie powstrzymam.
- Czyli jednak...komuś się udało...powiedz mi kto po ciebie posłał?
- Twoja córka
- Ehh.. kochane dziecko...to znaczy że sprawdza się to, o czym mówiliśmy, ktoś chce przejąć władzę, pytanie kto? Posłuchaj mój przyjacielu - ciągnął dalej szeptem władca - musisz ją stąd wywieźć, trzeba to zrobić w tajemnicy i najlepiej do jakiegoś trudno dostępnego miejsca.

Drzwi do komnaty otworzyły się z impetem i chwiejnym krokiem wszedł Lonkor, szkliste oczy wpatrzone były w obu mężczyzn, zrobił dwa kroki i osunął się na podłogę. Z pleców wystawała mu inkrustowana złotem rękojeść sztyletu, wbitego po sam jelec.
Certan odruchowo wymamrotał zaklęcie i otoczył siebie i króla, połyskująca tarczą, przypominającą szklaną bańkę. Do środka weszło dwóch strażników, ale nie byli to ludzie, przynajmniej już chyba nimi nie byli.
Zasiniona skóra o niezdrowym zielonkawo - brązowym zabarwieniu i wytrzeszczone, zamglone oczy w kolorze rozwodnionego błękitu, dobitnie świadczyły o tym, że jakaś nieznana siła wyssała z nich życie i wpompowała własną wolę.
Żołnierze naparli na tarczę odbijając się od niej, ponowili atak, lecz bez efektu, wreszcie stanęli w miejscu.
Po tym nagłym ataku, do pomieszczenia wszedł ktoś jeszcze.
Obaj mężczyźni, jak na komendę zwęzili oczy, chcąc wyostrzyć obraz, lekko zniekształcony magiczną barierą.
To była kobieta, poruszała się z gracją kota, podeszła całkiem blisko do połyskującej mocą odgradzającej ich ściany.
- Witaj Tatuśku... - zabrzmiał ciepły i miły głos, ale w tych słowach dało się słyszeć ironię zmieszaną z nutką sadyzmu.
Obaj siedzący nadal na łóżku, wybałuszyli oczy nie mogąc uwierzyć.
- Sorina...córeczko moja - wyszeptał król - dziecko moje, co się z tobą stało, co się dzieje..??
- Nadal nią jestem niestety i zamierzam to wykorzystać najlepiej jak się da - jasne loki zafalowały - ale nie będę czekała już ani dnia dłużej na twoją przemianę - to mówiąc przyłożyła długie paznokcie do tarczy i przejechała nimi jak po szkle powodując nieprzyjemny wysoki dźwięk. Osłona zaczęła powoli pękać, tworząc na swojej powierzchni pajęczynowe kształty.
- Staniesz się jednym z moich poddanych, będziesz uginał kręgosłup przed swoją panią, wiem nie zmienię wszystkiego sama, ale jak tylko posiądę odpowiednią ilość sług... - ucichła na chwilę - a ty...Tatuśku - znów ten dziwny głos - jak już się przemienisz całkowicie.... poprowadzisz moją armię...

Certan nie czekał dłużej, wyjął ze swojej torby jakieś pudełko, szybko odkręcił zatyczkę, ze środka wysypał się błękitny pył. Nakreślił w powietrzu jakieś znaki, intonując zaklęcie, pył rozbłysnął białym światłem po czym obaj zniknęli.

Gdzieś pośrodku lasu, wewnątrz jakiejś omszałej sterty kamieni, dwa ciała głucho łupnęły wprost na porośniętą trawą ziemię.
- Ty cholerny magiku od siedmiu boleści, niech cię szlag trafi... - przeklinał władca, właśnie podnosił się z ziemi, rozmasowując obolałe kości.
- Cokolwiek na tym świecie by się nie stało zawsze to będzie moja wina - wzniósł do góry ramiona, w błagalnym geście - wiesz co Lonisie... pocałuj mnie w dupę, ja ratuję ci życie, a ty tak do mnie...ehh
- Certan... mówisz do króla, pamiętaj o tym - oburzył się władca.
- Taaaa... naturalnie, szkoda tylko ze stoisz tu teraz w tym swoim pełnym majestacie przede mną, w białej koszulinie i z gołym tyłkiem...- drwiąco stwierdził czarodziej.
Obaj zaczęli się śmiać, tyle, że był to nerwowy śmiech jaki zazwyczaj towarzyszy każdemu kto uciekł przed niechybną śmiercią. Teraz należało się dowiedzieć tylu rzeczy, a czasu mieli tak mało.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz