"Zgrzytnęły zardzewiałe zawiasy, ich pisk odbił się echem w holu, powędrował do pustych komnat i utonął w miękkich dywanach kurzu. Wejście stało otworem, zapraszało do środka… Cisza…

Witaj w Zamku Armoran, Samotnej Stanicy, gdzieś na moczarach czasu, jednej z niewielu strzegących niegdyś, dawno już zapomnianych królestw."

Wiosenne przebudzenie


Błękitne oko otworzyło się nagle....powieka leniwie opadała na powrót lecz nie dokończywszy ruchu zatrzymała się w połowie,do jednego błękitnego blasku zaraz dołączył drugi, głośne sapnięcie i seria kaszlnięć o natężeniu burzy z piorunami wstrząsnęła jaskinią aż posypał się gruz. Z prędkością strzały i brzękiem, na skalne podłoże upadł jakiś kształt i potoczył się po nim, oczy zbliżyły się do leżącego przedmiotu taksując go..., rozszerzyły się w uśmiechu, na wspomnienie ubiegłej jesieni.
- Cholerni ludzie - mruknął głos - czy oni muszą nosić na głowie te stalowe rzeczy...

Zbliżała się wiosna, lecz tu w górach zalegało jeszcze sporo śniegu, skrzącego się w słońcu, czerń wejścia do jaskini zdecydowanie odcinała się od reszty. Na trzeszczący śnieg z tego właśnie otworu wypełzał szaro - brązowy smok. Ziewnął przeciągle rozglądając się wokół - Noooo, nareszcie będzie ciepło - pomyślał Sartar – ale teraz należało by coś zjeść...
Na wiosnę zazwyczaj zaczynały się spędy stad owiec na hale położone nieco wyżej w górach ze świeżą zieloną trawą, idealną dla wyposzczonych po zimie zwierząt.
- Przelećmy się na mały zwiad po okolicy- wymruczał sam do siebie,przeszedł kilka kroków w kierunku krawędzi skalnej próbując delikatnie rozprostować zastane kości skrzydeł, nagle część półki na której stał, zarwała się pod jego ciężarem i runął jak kamień w dół, próbując nieporadnie rozwijać skrzydła pogorszył tylko swoją sytuację zaczepiając o wystające spod śniegu głazy i konary. Z furkotem koziołkował dalej i dalej, a za nim pędziła lawina śniegu zmieszana z kamieniami i połamanymi drzewami.
Łup....
Biała kołdra okryła wszystko swoją zimną materią, po chwili absolutnej ciszy, ktoś stojący tam mógłby
zobaczyć na własne oczy rodzącą się nową górę.
Nieee... to nie była góra, potężne smoczysko podnosiło się spod śniegu przy akompaniamencie przekleństw wszelakiej maści. Strzepnął z siebie resztki białych grudek, spojrzał za siebie, rumowisko śniegu ciągnęło się aż po ostre szczyty majaczące wysoko nad nim.
- Aaaaa, czyli Zębatą Przełęcz mam z głowy...
Był cały poobijany, tylna łapa niebezpiecznie spuchła a przednie bolały jak diabli, ruszył powoli brnąc w śniegu. Jedyną osobą która mogła mu pomóc w tej sytuacji, był jego "sąsiad", Lord Amer, odludek mieszkający w Zamku Armoran niedaleko Zębatej Przełęczy. Pytanie tylko czy aktualnie był w swojej samotni czy może ruszył na jedną ze swoich dziwnych i tajemniczych wypraw...
    Gdy przeszedł przez gęsty las, przed nim ukazała się rozległa dolina, jej brzegi porośnięte były gęstymi borami w ciemno zielonym kolorze z rzadka przetykanymi brązem i jasną zielenią, właśnie puszczających liście drzew. Środek był kompletnie pozbawiony wysokiej roślinności gdzieniegdzie rozsiane były pasemka jakiś krzaków, teraz jeszcze pozbawionych liści, resztę porastała kępiasta długa trawa, o tej porze roku jeszcze brunatno żółtawa i podeschnięta - te rejony gór były niedostępne dla ludzi więc ich stada owiec nie ogołociły ziemi, ba, tutaj nawet dzika zwierzyna nie podchodziła zbyt często.
Śnieg zszedł kompletnie więc po widoku doliny można było sądzić że rządzi tu jeszcze jesień, a przecież była już wiosna. Zanim jednak zieleń zagości tu na dobre minie jeszcze trochę czasu.
Była już noc gdy Smok dowlókł się do bramy, przed wejściem paliły się dwie pochodnie a na górze widać było maleńkie światełko w jednym z okien.
Z resztą to światełko było jedynym drogowskazem w drodze z gór do wieży.
No tak - pomyślał - ale nie mogę tak po prostu wejść sobie do środka, bo przecież nie zmieszczę się w drzwiach, na czas wizyty będę musiał przybrać ludzką postać...- Brrrr - skrzywił się na samą myśl o tym za ciasnym i słabowitym ciele, w którym spędzi najbliższy czas - szczęście że spadłem we własnej postaci, inaczej już by było po mnie, a nawet jeśli upadek by mnie nie zabił, z takimi obrażeniami i tak bym tu nie doszedł...
   Nie od dziś wiadomo bowiem, ze smoki jako, że są stworzeniami magicznymi, mogą w niewielkim stopniu dysponować niektórymi formami mocy, jedną z nich właśnie, jest możliwość przybierania ludzkiej postaci w szczególnych okolicznościach, nie lubią tego w większości ze względu na "zbyt słaby pancerz" jak to określają z ironią.

    Tyle że tą słabą rączką i w dodatku kontuzjowaną to będzie pukał w nieskończoność zanim zostanie usłyszany, w swojej postaci też tego nie zrobi bo pewnie drzwi wypadną z hukiem - a lepiej nie drażnić właściciela, wiedział że jego najbliższy i jedyny sąsiad nie jest zwykłym człowiekiem i po za tym, że świetnie walczy mieczem dodatkowo włada również magią i mogło by się źle skończyć takie nagłe wtargnięcie. Skoncentrował się na zmianie postaci, gdy wpadło mu do głowy ze najdelikatniej będzie gdy trącnie lekko drzwi nosem, pochylił się do przodu i wtedy nastąpiła transformacja a on wyrżnął z całej siły czołem....         - Żesz...Kurwaaaaaa......- stęknął zamroczony.
W otwartym wejściu stał już Amer z głupawym uśmiechem
- Mnie też cię miło zobaczyć przyjacielu, wejdź dalej, uuuu, nieźle cię ktoś pokiereszował..
- Taaa... miałem bliskie spotkanie z Zębatą Przełęczą - powiedział kuśtykając przez hol.

Amer poprowadził gościa na dół, do swojej - jak to nazwał - wypoczynkowej komnaty w podziemiach  zamku, zresztą bardzo przytulnej, z trzakającym wesoło ogniem w kominku i z wygodnym, dużym fotelem stojącym obok niego. Przed kominkiem leżała niedźwiedzia skóra a na stoliczku pomiędzy nią a fotelem stała butla wina i kieliszki.
Właściciel wskazał swojemu gościowi fotel, po oględzinach wszystkich siniaków, otarć i zwichnięć, wyszedł, a chwilę później przyniósł górę bandaży, maści i ziół wszelakich. Opatrzenie ran zajęło trochę czasu, ale później Sartar mógł wygodnie rozsiąść się w fotelu, z kieliszkiem wina w dłoni rozkoszował się widokiem płomieni. Amer zwinął skórę niedźwiedzia i położył ją na schodach, usiadł na niej wygodnie, wyprostował nogi z ulgą i zaopatrzony w pełny kieliszek wina wsłuchiwał się w opowieści przyjaciela.
- ... i tak właśnie ten cholerny szyszak rdzewiał mi w zębach całą zimę...- skwitował z uśmiechem - a resztę już znasz.
- No tak, przyznaję, twój pierwszy dzień wiosny był niezbyt udany  - Amer wspomniał z uśmiechem, okraszoną siarczystymi przekleństwami, relację swojego pacjenta, w trakcie opatrywania mu ran, począwszy od ślizgu ze swojej jaskini a skończywszy na bramie do zamku - ale przynajmniej ten biedak przed śmiercią zdradził ci parę ciekawostek... Kto by pomyślał, że młody książę Matenoru ruszy z wojskiem na dobrego starego Artisa.
- Dziwi mnie to - mój drogi Amerze, wtrącił Sartar - tym bardziej, że Artis przecież ożenił córkę z Sylasem
- Tak, tylko, że Młodemu widać nie przypadła do gustu, więc wyciągnął z niej co się dało o Księstwie Kearu i zadbał żeby zniknęła bez wieści, wiem to, bo byłem wtedy w mieście i słyszałem pogłoski, podobno wysłał ją do klasztoru...ehhh... szkoda że tam nigdy nie dojechała...
- Sylas to kawał skurwysyna i tyle, zero honoru, zero litości, szkoda że tak się stało, pamiętam jednak że Artis za młodu nie był lepszy, w miejscu gdzie teraz stoi miasto, miałem swoją przytulną jaskinię, z początku nawet mnie ucieszyła obecność ludzi - wiesz... gdzie ludzie tam jedzenie hehehe - nie..., no mam na myśli ich bydło oczywiście - dokończył smok z miną niewiniątka.
- Ale Sylas nie czeka - ciągnął dalej - właściwie to obudził mnie zgiełk jaki bije od maszerującej armii, miarowy stukot pieszego wojska, tętent kopyt, a darli mordy... chociaż to śpiew chyba miał być...
- Jeśli słyszałeś to w swojej grocie, to znaczy, że szli głównym gościńcem a on biegnie obok Zasępionego Czuba, czyli że dotrą do bram Kearu za jakiś dzień lub dwa.
- I to, powiem ci drogi Amerze jest świetna nowina, do jutra powinienem dojść do siebie, zrobię sobie zatem wycieczkę wspomnień do mojej dawnej jaskini pod miastem - Amer spojrzał z ukosa - no co?? Jest wiosna, głodny jestem, a gdzie wojna tam jedzenie, nie patrz tak na mnie, będą spłoszone konie, owce, krowy...przecież wiesz że nie jadam ludzi, nie smakujecie mi.
- A ten na jesieni...
- Ach... to była obrona konieczna, a po za tym szła zima, no i.... jakoś tak wyszło - Sartar zrobił skruszoną minę
- Dobrze, już dobrze, jak chcesz jutro ruszyć w drogę to trzeba się wyspać i zregenerować.

   Nazajutrz, Sartar wyszedł na zewnątrz, przybrał swoją właściwą postać, pożegnał Lorda Amera i ruszył w drogę. Z początku rozprostował skrzydła z obawą, ale okazało się że maści i leki pomogły i po chwili szybował już w powietrzu.
Amer odprowadził przyjaciela wzrokiem, lubił go i cenił sobie jego przyjaźń,choć rzadko się widywali, wrócił do swojej zacisznej komnaty, nalał sobie wina i rozsiadł się wygodnie w fotelu z książką w dłoni. Pomyślał z uśmiechem, że powinno się zmienić powiedzenie i mówić od teraz, że "goi się jak na smoku". Zaczął czytać, a jego myśli powędrowały już dalej..

***

Kearu leżało na wzgórzu w zakolu rzeki, całe szczęście, bo tylko dzięki temu okolica samego miasta była w miarę czysta, czego nie można było powiedzieć o rzece, do której zlewał się cały brud. Wieśniacy mieszkający nieopodal brzegu w osadach, w jej dolnym biegu, mówili że nie muszą jeździć na targowisko po towary,bo one same do nich kiedyś przypłyną. Zazdrościli jedynie tym, którzy mieszkali powyżej miasta, że mogą swobodnie łowić ryby.Ale cóż... to są uroki, a raczej smrody cywilizacji.
Miasto widać, że było zabrane, wysokie mury i baszty były dobrze utrzymane i na stałe obsadzone przez wojsko,ale w tej chwili panował tu strach i straszne zamieszanie. Część ludzi wyjeżdżała z miasta zabierając ze sobą cały dobytek, część zwłaszcza z północy, wręcz przeciwnie - uciekała by schronić się za jego murami. Z tego właśnie powodu obie bramy były zatłoczone, a straż miejska dwoiła się i troiła żeby rozładować zatory i rozwiązywać lokalne sprzeczki, o to, kto i gdzie był pierwszy. Cała ta kotłowanina trwała już od kilku dni. Pod koniec dnia, wszystkie lamenty, krzyki i zgrzyty wozów ustały, Książę nakazał zamknąć bramy na stałe, ci którzy nie zdążyli wejść, musieli podążać na południe w nieznane do Rawalii i innych dalekich księstewek. Szpiedzy donosili, że wojska z Matenoru rozbiły obóz po drugiej stronie puszczy i najpewniej rano przystąpią do szturmu.Wszyscy zdolni do noszenia broni mężczyźni, byli rozstawieni na murach od strony rzeki, skąd miał nastąpić atak, resztę umocnień obsadzono z rzadka - tak na wszelki wypadek.
Książę Artis osobiście doglądał posterunki, zatrzymując się i gawędząc z oficerami. Chodził dumny jak nigdy i pokazywał całym sobą, że jest pewny zwycięstwa. Klął przy tym jak szewc na Sylasa i jego armię opluwając swoich rozmówców drobinkami śliny. Niestety, lata rządzenia i wiek samego władcy zrobiły swoje, ciało dawało już dawno oznaki niezdrowego trybu życia, a czerwona i nalana twarz dobitnie wskazywała jaką rozrywkę lubił najbardziej. Ale i tak wcisnął się w swoja wojenną zbroję, przypiął płaszcz i miecz, a jeśli tylko się nie schylał - a nie zamierzał - wszystko było dobrze i prezentował się w miarę władczo. Co dziwne, przechadzając się po murach, wychylał się co jakiś czas i zerkał w stronę dużego czarnego otworu, ziejącego w dole, poniżej murów, tuż nad brzegiem rzeki. Było to wejście do jaskini, zamieszkałej kiedyś przez smoka, którego udało mu się wypędzić, gdy postanowił tu wybudować miasto. Kosztowało to, co prawda wiele ludzkich żyć i worków złota na ściągnięcie nowych osadników oraz zwerbowanie rycerzy, którzy dla sławy i pieniędzy ryzykowali własne życie, ale spokój jaki panował tu przez dziesiątki lat był tego warty. Dodatkowym atutem zapewniającym spokój mieszkańców były legendy, które mówiły że on ciągle tam jest i śpi smacznie, a kiedy przyjdzie czas i miasto będzie zagrożone, wyjdzie ze swojej jamy i przepędzi intruzów. Niestety legendy nie mówiły, co smok zrobi z miastem jak już będzie rozbudzony, wściekły, a intruzi uciekną. Tak czy siak, przez wszystkie te lata, ta i podobne jej legendy, również stanowiły jakąś barierę dla chcących zawłaszczyć sobie te ziemie sąsiadów. Jak wiadomo, w każdej legendzie jest ziarno prawdy, a jeśli dodatkowo sam władca rozgłasza, że jego ziemia jest szczególnie chroniona... Zawsze lepiej jest się dwa razy zastanowić, niż raz stracić wszystko.
Następnego dnia o świcie, obrońcy usłyszeli dźwięk rogów, z lasu zaczęły wylewać się kolumny wojska. Za piechurami, podążała kawaleria, a za nią z mozołem brnęły zaprzęgi mułów ciągnących katapulty i wieże oblężnicze z zamocowanymi balistami na drewnianych blankach. Atakujący sprawiali wrażenie, jak by nic sobie nie robili z tego że naprzeciw nich, za murami stoją setki wprawnych łuczników, co ciekawe żaden żołnierz nie przekroczył linii skutecznego zasięgu łuku. Wniosek z tego, że wiedzieli jak daleko mogą się bezkarnie posunąć, a jeśli tak, wiedzieli też, że najstraszniejszy strażnik miasta jest fikcją. Kawalerią dowodził sam Sylas, odziany w wypolerowaną zbroję, jechał właśnie wzdłuż linii żołnierzy i wykrzykiwał komendy do swoich oficerów.
Sylas, był młodym - niespełna trzydziestoletnim - fircykowatym księciem o rozbieganych wiecznie oczkach, szukających wszędzie spisków i podstępów. Doskonale znał się na takich podchodach, osobiście podstępem uwięził swoje rodzeństwo - brata i siostrę, tuż po śmierci rodziców, skazując ich na śmierć za zdradę. Chyba nie bardzo przepadał za konkurencją.
   Bitwa trwała już od dobrych kilku godzin, minęło południe. Atakujący miasto żołnierze byli wyczerpani, ostrzał z katapult, nie przynosił spodziewanych rezultatów, od płonących pocisków zapaliło się co prawda kilka domów, ale zostały one natychmiast zgaszone. Miasto miało sporo wody do gaszenia, balisty również nie wyrządziły większych szkód wśród obrońców, schowanych za murami. Liczne liny zwisające teraz bezwładnie i zamoczone w wodzie, świadczyły o sporym refleksie odcinających je obrońców. Plan Sylasa, aby po linach przeciągnąć ciężkie drabiny i wspiąć się na mury, spalił na niczym, a on sam nerwowo chodził wzdłuż swoich szeregów konnicy, obmyślając plan jak wyciągnąć obrońców na przedpole i tam rozgnieść ich swoją kawalerią. Teraz to była jego jedyna szansa na zwycięstwo i zajęcie miasta, a czasu już niewiele zostało, jego piesze wojsko było w kiepskim stanie. Gdy tylko zbliżyli się odpowiednio blisko, czarna chmura śmierci przesłoniła niebo, setki strzał zawisło przez chwilę na niebie, by potem spaść ze śmiertelną precyzją, raniąc i zabijając, a co gorsza szerząc strach w szeregach jego ludzi. Wiedział, że długo nie wytrzymają i w końcu za którymś razem zaczną uciekać, a wtedy już będzie po bitwie. Jego kampania nie była obliczona na długie tygodnie oblegania miasta, miał dużą armię, ale nie wystarczającą na długie miesiące, to miało być szybkie uderzenie i szybkie zwycięstwo. Z resztą, żeby oblegać miasto musiałby przekroczyć rzekę, a najbliższy bród był na terenie już innego księstwa, to zdecydowanie nie był dobry pomysł.
Stanął na chwilę patrząc jak jego piechurzy ukryci za tarczami, schowani w wieżach oblężniczych, wciśnięci między jakieś krzaki czy kamienie, wymieniają ze sobą spojrzenia i pokazują na coś po drugiej stronie rzeki, poniżej murów.
W mieście zaczął dzwonić dzwon, ale nie taki zwykły, był to bardzo głęboki dźwięk, świdrujący, przenikający człowieka na wskroś i wprawiający wszystko dokoła w wibracje. Na brzegu rzeki, za drewnianą osłoną stał jeden z dziesiętników, przez wąskie szpary obserwował mury oraz skulonych za tarczami piechurów, będących na wąskim pasku lądu po drugiej stronie, to ich zadaniem było dowiązanie drabin do lin wystrzelonych na blanki z balist. W tej chwili cała grupa kuliła się przykryta tarczami. Wzrok obserwatora przykuło jednak coś innego, oto po wąskiej łasze piachu biegło dwóch żołnierzy - to byli Kearuńczycy. Zbliżali się do wielkiego otworu pod skarpą, przycupnęli osłonięci głazami, zapewne pochodzącymi z wnętrza pieczary. Jeden z nich odchylił się i począł ostro uderzać w jakiś rodzaj dzwonka, bardzo przypominający poprzedni wibrujący dźwięk, teraz jednak o mniejszym natężeniu.
Za murami, Książę słysząc ten dźwięk skinął do swojego kapitana stojącego opodal, ten wydał rozkaz i wszyscy obrońcy jak jeden, schowali się siadając i opierając plecami o mur. Na straży pozostali jedynie wyznaczeni obserwatorzy stojący przy wąskich otworach strzelniczych w wieżyczkach narożnych. Władca również stał w jednej z nich, pochylił się w stronę schodów i dał znak ręką do młodego rekruta, a ten z kolei zbiegł na dół.
- Rozkaz wydany Panie - powiedział młodzian, prężąc się przed stojącym na dole pułkownikiem, ten kiwnął głową i odszedł, dosiadł konia i podjechał pod główną bramę. Tam, już cała kawaleria była gotowa do wypadu na zewnątrz. Plan był prosty, za chwilę atakujący dowiedzą się że legendy jednak się nie myliły, wpadną w panikę, a wtedy prawie wszystkie siły wyleją się z miasta i rozniosą wroga w pył. Obsługa mostu czekała tylko na znak od władcy, wtedy zwolnią kołowroty i zwodzony most zostanie opuszczony.
Nagle, do uszu wszystkich dotarł, niski, dźwięczny pomruk, albo może przeciągłe warknięcie, wydobywający się z jaskini, a z wnętrza ciemności czarną strużką wypływał dym. Dwaj ludzie, którzy narobili hałasu przy wejściu, zerwali się gwałtownie i krzycząc wniebogłosy pobiegli co sił w nogach w stronę opuszczonej z murów liny, wczepili się w pętlę na jej końcu, a koledzy u góry zaczęli ich gwałtownie wciągać.
Sylas aż stanął w strzemionach by lepiej widzieć całą scenę, obrzucił szybkim spojrzeniem swoich ludzi, większość z nich zbladła, piechota opuściła tarcze i stała jak wryta z rozdziawionymi gębami.
Mury były puste, nie było widać żadnego z obrońców.
Artis, obserwował całą scenę przez wąski otwór wieżyczki - Jeszcze nie...Jeszcze nie... - mówił po cichu, jakby sam do siebie. Obok stał kapitan w wyczekującej pozie, reszta wojska zebrana w tym pomieszczeniu siedziała spokojnie opierając się o ściany w oczekiwaniu na początek przedstawienia.
- Panie.....? - Kapitan zwrócił się nieco ponaglająco do władcy.
- Jeszcze nie mój drogi, dajmy im czas na poczucie większego strachu, niech ich opęta do reszty, za chwilę z jamy buchnie płomień przy wtórze potężnego ryku, wtedy na pewno zaczną robić pod siebie ze strachu, a my uderzymy... - widać było, że Księcia przepełnia duma, czuł się reżyserem całego spektaklu, który właśnie rozgrywał się na oczach wszystkich. Spryt i doświadczenie wreszcie zatriumfowały, teraz nie będzie już nikogo, kto odważy się wejść mu w drogę, może nawet podbije parę księstw i ogłosi się królem....
Lecz jego marzenia zostały nagle i brutalnie przerwane......
Po przeciwnej stronie, w sąsiedniej wartowni również stał obserwator z garstką innych obrońców. Młody Permin, wzięty można powiedzieć z łapanki i wcielony do armii na czas obrony miasta. Stał przy tej szczelinie i patrzył na przedpole jak sroka w kość, znudzony tym beznadziejnym zadaniem, odwrócił głowę i rozejrzał się po małym pomieszczeniu. Na ławkach lub na ziemi siedziało kilku jego kolegów, po lewej, trzech grało po cichu w karty kłócąc się szeptem między sobą, nieco dalej od nich siedział Gruby Rondon, namiętnie dłubiąc w nosie, raz po raz spoglądając na swój palec, z namaszczeniem podziwiał swoje wykopaliska. Po prawej na małym zydelku przysiadł jego najlepszy kompan od popijaw Kortan, patrzył tępym wzrokiem przed siebie, czasem głośniej wzdychał i uśmiechał się pod nosem, jakby wspominał swoje wyczyny sprzed paru dni w jednej z miejscowych tawern.
- Ehh... I po co ta durna obserwacja - pomyślał - reszta sobie siedzi spokojnie i ma wszystko w dupie, a ja tu...
Odwracając głowę, oczy wychwyciły ruch, myśl umknęła gdy nad puszczą, za wojskami Sylasa, wyrósł czarny kształt, który przybierał szybko na rozmiarze. Perminowi krew odpłynęła do pięt, wybałuszone oczy zastygły, a głos uwiązł w gardle. Poczuł jak wszystkie wnętrzności mu się zaciskają i natychmiast rozluźniają, a niezbyt przyjemne ciepło rozeszło się po gaciach i pod skórzaną osłoną bioder.
Zdołał jedynie podnieść rękę przed siebie, wskazując w dal. Po sekundach doszedł na tyle do siebie, że mógł odwrócić się na pięcie i wybiec pędem przez drzwi, za sobą usłyszał zanikający głos Kortana - Chłopie, czegoś ty się wczoraj nażarł.....
Nie dbał o to, gnał po murze przed siebie, na chwile jedynie zaświtała mu myśl, że wstydu sobie narobi, przebiegając obok wszystkich w obsranych portkach, ale to nie miało już znaczenia...
Artis odwrócił się słysząc harmider i krzyki, podszedł do drzwi, pomiędzy siedzącymi obrońcami, pędził jakiś człowiek wskazując na coś ręką i drąc się wniebogłosy - SMOK....SMOK !!!!!!!
Słyszeli to wszyscy, nawet atakujący, teraz już zupełnie ogłupiali, odwrócili głowy i patrzyli w niebo.
Nad linią drzew, na tle nieba, pojawił się czarny kształt i rósł do niebotycznych rozmiarów, zawisł na sekundę w powietrzu, po czym jego skórzaste skrzydła lekko się złożyły i zaczął pikować w dół...

                                                                   ***

Amer właśnie wszedł do jednej z komnat, pod pachą niósł kilka długich rulonów, położył wszystko na dość sporym stole. Już wchodząc, poczuł dziwny chłód w pomieszczeniu. W swoich przypuszczeniach utwierdził go nienaturalny mrok, napierający na niego zewsząd.
- Witaj Mortisie....- wykonał powolny obrót dookoła siebie, taksując otoczenie - przyszedłeś do mnie, czy po mnie?...
- Witaj przyjacielu...- niski,dźwięczny głos dobiegł od strony kominka.
Czysta, głęboka czerń, ciemniejsza od bezgwiezdnego nocnego nieba zafalowała szelestem szat...
- Gdybym był tu po ciebie, zapewne wiedziałbyś o tym, że jesteś już martwy, nieprawdaż? - w głosie słychać było nutkę ironii pomieszanej z uśmiechem.
- Hehe.. mój drogi po tobie można się wszystkiego spodziewać, sam dobrze wiesz. A zatem odwiedziny hmm, a czemu to zawdzięczam twoją wizytę, tak dawno cię tu nie było, że prawie udało ci się mnie wystraszyć...
- Oj, mnie też brakowało naszych długich rozmów, wiesz... Jesteś jedynym moim przyjacielem - głos złagodniał, a ton zmienił się na przyjacielski.
- Siadaj zatem i opowiadaj, napijesz się czegoś?...
Postać odziana w czerń, podeszła do wygodnej skórzanej kanapy i opadła na nią, sięgnęła po kryształowy kielich, w komnacie pojaśniało, ogień na palenisku zatańczył wesoło i od razu zrobiło się cieplej.
- Ponieważ podążam na południe, a to po drodze, więc postanowiłem cię odwiedzić - upił łyk wina -  myślę... wpadnę i pogadamy, a czy wiesz, że w tej chwili, właśnie na południe stąd, szykuje się spora bitwa...
- Aaa..., chyba wiem o czym mówisz, oj myślę że będziesz miał sporo pracy, nie dalej jak wczoraj odwiedził mnie mój sąsiad, znasz na pewno Sartara... czyżby to z jego powodu, czy masz na myśli Sylasa i jego armię?
- Umm... Pyszne to wino...widzę, że jesteś na bieżąco... wszystko jak wiesz jest względne, Księcia Matenoru nie lubię, bo przez niego mam więcej pracy, ale to raczej drobiazgi, jeśli mogę tak powiedzieć, a nasz Smoczek...hmm... wiesz co się dzieje kiedy z tego niezdary wychodzi prawdziwa bestia, nie często się to dzieje, ale wtedy naprawdę jest co robić i to na wielka skalę...
I tak spadło kilka godzin na rozmowach i plotkowaniu o tym kto, kogo i gdzie napada, zabija i umiera. W końcu to ulubiony temat Mortisa, jest on przecież jedynym, który na śmierci zna się najlepiej.
Dzięki takim właśnie spotkaniom, Amer miał zawsze świeże informacje - niejako z pierwszej ręki. Na pewno niejeden człowiek byłby zdziwiony jak lekko i przyjemnie można sobie gawędzić ze Śmiercią.
- Ehhh... Pora ruszać mój przyjacielu, obowiązki wzywają - biała dłoń o długich palcach z gracją odstawiła kielich na stole.
Amer wstał i uścisnął dłoń Mortisa - Do zobaczenia, wpadaj częściej proszę... - Postaram się, ale sam wiesz...obowiązków jest ogrom, mam nadzieję że niebawem znowu się spotkamy...
Po tych słowach, czarne szaty zawirowały lekko, a postać rozwiała się w powietrzu, znów został sam - oby w podobnych okolicznościach - pomyślał Amer...
No tak, ale dodając do swoich informacji to, czego dowiedział się przed chwilą... spokojnie rozwinął każdy z rulonów, to były mapy...
Pora wyruszyć na południe do Rawalii, a może los rzuci go jeszcze dalej. W końcu mamy wiosnę, więc szlak przez Szarą Grań powinien już być przejezdny.

                                                                   ***

Sartar miękko wylądował na polanie.... Wyciągnął do przodu swoja długą szyję i ryknął potężnie w kierunku sparaliżowanych strachem żołnierzy. Smok, szedł pewnie przed siebie, z paszczy wystrzelił mu ogromny snop płomieni, wszystko co napotkał zamieniało się w czarny proch, profilaktycznie zamiótł ogonem, kilku ludzi poszybowało w powietrze jak szmaciane lalki, uderzając głucho o mury, bądź wpadając z przetrąconymi kręgosłupami do rzeki. Sylas w panice, próbował okiełznać wystraszonego konia, chciał za wszelką cenę, zawrócić i wraz ze swoją kawalerią skierować się w głąb puszczy, uznał ze to jedyny ratunek. Niestety nie było mu to dane, języki płomieni prześlizgnęły się po okutych w stal rycerzach, pancerze w mgnieniu oka stopiły się jak lód na słońcu, poparzone i wciąż płonące konie pobiegły na oślep wprost do rzeki, wpadając do niej jeden po drugim, jak kamienie.
Nikt nie ocalał, okolica była doszczętnie spalona, trawy, drzewa... wszystko się dymiło, wrząca śmierć spotkała każdego, zamieniając jego ciało natychmiast w popiół. Smok niespiesznie podszedł do brzegu, leżało tam kilka nadpalonych martwych koni, chapnął je łapczywie. Jednak, że wciąż było mu mało, tak mała przekąska nie zaspokoi głodu, ani nie uspokoi raz wypuszczonej na wolność furii. Wściekłość i żądza mordu wzięły górę nad rozsądkiem, obudziły najczarniejsze instynkty...
- Chcę więcej... - pomyślała rozochocona bestia, a jej oczy przybrały purpurowy kolor, zaś źrenice zwężyły się, tworząc czarne pionowe kreski.
- Miasto jest pełne świeżego i ciepłego mięsa - potężny łeb odwrócił się w stronę murów - To wstrętne ludzkie robactwo, to oni wypędzili go z jego domu, to przez nich musiał teraz odmrażać sobie dupę na jakimś zimnym pustkowiu, głodować, przesypiać zimy.... I jeszcze mają czelność opowiadać w legendach, że jest ich obrońcą !!!... Ale to się niebawem skończy, zaraz pokaże im kto tu jest panem tej okolicy - pomyślał wzbijając się w powietrze.

Brama południowa otwarła się z hukiem. Masa ludzka wylewała się przez nią, jak krew z otwartej rany, część ludzi biegła pieszo, część konno, ale tylko nielicznym szczęśliwcom udało się dopaść lasu otaczającego główny szlak, prowadzący do granic księstwa. Bestia zataczała kręgi na niebie, za każdym nawrotem plując ogniem, mury wykonane z grubych bloków skalnych zamieniały się w potoki gotującej się lawy, ludzie którzy nie dopadli do drzew stali się wspomnieniem zanim nawet o tym pomyśleli, okolica zamieniła się w piekło. Sartar lądował co jakiś czas, pożerając wszystko co się dało, spłoszone konie, świnie, krowy...
Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy smok wreszcie przysiadł na wypalonej ziemi, która kiedyś była centralnym placem miasta, rozejrzał się dokoła...
Zemsta się dokonała, oczy przybrały błękitną barwę - teraz poczuł się zaspokojony.
- Dziś prześpię się tutaj - pomyślał - ale o świcie muszę odlecieć i to gdzieś daleko, po czymś takim, zapewne rozpocznie się polowanie na mnie i to na ogromną skalę.

Wstawał świt, pierwsze promienie słońca nieśmiało przedzierały się przez świeżo zazielenione gałęzie drzew, lecz nie było słychać ani jednego ptaka, ani jednego szmeru, jedynie plusk płynącej rzeki i trzask drewnianych bali w dopalających się domach.
Sartar rozprostował skrzydła, zamachał energicznie i wzbił się w niebo, jego czarny kontur wkrótce zmienił się w mały punkt, aż w końcu zniknął na tle wschodzącego słońca.

2 komentarze:

  1. Fajnie piszesz, czekam na więcej :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam ponownie! :)
    Na tyle opowiadań w internecie, które przeczytałam z całą pewnością mogę zapewnić Cię, że Twoje opowiadanie jest z nich wszystkich najlepsze. Choć tematyka tego utworu jest mi trochę obca to jestem pod wrażeniem. Masz talent, który musisz rozwijać, bo jak wiadomo - każdy talent trzeba szlifować. Będę częściej tu zaglądać.
    PS
    Nie zauważyłam tutaj takiej opcji jak "Czytelnicy bloga", dlatego nie mogłam dać subskrypcji bloga. Liczę na to, że z czasem się ono tutaj pojawi :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń